Wywiad z Adamem Running Machine o samotnym biegu z Warszawy do Torunia (222 km), 9 lipca 2015 roku.
Rozmawiamy w Lasku Bielańskim w Warszawie, 20 lipca 2016, czas trwania 47:30 min.

Adam biega dużo. Jednak bieg 9 lipca 2015 nawet dla niego był wyjątkowy. Wystartował z Warszawskich Bielan, przebiegł przez Puszczę Kampinoską i pobiegł dalej. Tego dnia nastawiał się na rekord. Chciał pokonać co najmniej 100 mil czyli 160 km. Kiedy to osiągnął, wcale się jednak nie zatrzymał. Podążał wzdłuż Wisły. Przez Iłów, Płock i Włocławek, ciągle na zachód. Wkrótce pękło 200 km, ale zatrzymał się dopiero na przedmieściach Torunia, kiedy zegarek pokazał 222 km (Adam lubi okrągłe cyfry).  Nic nie dzieje się jednak przez przypadek i bez przygotowania… O wyjątkowych predyspozycjach, treningu do ultra długich dystansów, samym wyczynie z 9 lipca i jego niejednoznacznym przyjęciu przez środowisko biegaczy rozmawiam z Adamem Running Machine. Siedzimy na ławce w ulubionym lesie Adama, wśród drzew i śpiewu ptaków. Przepraszam za gorszą jakość dźwięku, czasami wiatr dmuchał do mikrofonu 🙂

Adam Running Machine jest biegaczem puszczańskim. Nie mieszka co prawda w Puszczy Kampinoskiej, ale biega tam bardzo często, zna doskonale i wielokrotnie podkreśla, że to jego drugi dom. Żyje trochę na obrzeżach biegowego światka, nie startuje praktycznie w zawodach, nie przychodzi na różne wspólne wybiegania, a jeśli już lubi wzbudzać zainteresowanie, to zawsze na swoich zasadach. Od trzech lat organizuje w Puszczy dosyć regularnie niedzielne wybiegania, na które potrafi przyjść nawet i 100 osób. Jest w ogromnym stopniu odpowiedzialny za coraz większą popularność Puszczy Kampinoskiej wśród biegaczy terenowych z Warszawy. Biega bardzo dużo i lubi okrągłe cyfry. Jego ulubioną „jednostką treningową” jest dwumaraton (84,4 km) lub trójmaraton (126,6 km), jeśli już biega coś pomiędzy, to np. 66,6 km albo 77,7 km. To wszystko nie wygląda jeszcze tak wyjątkowo, ale jeśli dodam, że Adam potrafi zrobić dwie setki w tygodniu i dodać do tego trzy maratony, to już jest wyczyn. Wielu sugeruje, że coś jest nie tak z jego termiką, Adam biega zawsze na krótko, jak jest -10 st. C w zimie, to ewentualnie zakłada rękawiczki 🙂 . Miarę szaleństwa dopełniają nocne biegi bez czołówki po lesie (podobno wzrok się przyzwyczaja, a u góry jest przecież prześwit), ale tego nie próbował z nim robić jeszcze nikt 🙂

Wybieganie w Kampinosie

Adam (pierwszy z lewej) i jego gromadka w Truskawiu na granicy Puszczy Kampinoskiej, przed jednym z niedzielnych wybiegań. Wybiegania mają zwykle ok. 25 km, ale Adam często przybiega na nie i wraca, robi więc np. dwa razy większy dystans.

Czy 222 km to dużo?

Według nawigacji w mapach Googla, dystans ze stacji metra Słodowiec na warszawskich Bielanach do centrum Torunia wynosi od 210 do 220 km (w zależności od wybranego wariantu trasy). Adam biegł początkowo przez Puszczę Kampinoską, mocno krętymi drogami leśnymi, dlatego kilometrów wyszło mu więcej, mimo że zastopował zegarek sporo przed centrum Torunia. Dokładnie w momencie kiedy Garmin pokazał 222,2 km. Wystartował o północy, na miejscu był o 22:19:08, a więc sporo przed upływem pełnych 24 godzin. Oczywiście jest to czas brutto, po drodze musiał zatrzymywać się na jedzenie, picie, robienie zdjęć i… złapanie oddechu. Tempo ruchu wyszło mu średnio 5:09 min/km, a więc czas ruchu to jedynie 19 godzin 4 minuty 33 sekundy. Weźmy jednak pod uwagę czas brutto, a więc 22:19:08. Jak to się ma do podobnych osiągnięć uzyskiwanych na zawodach w Polsce i na świecie? Bez wątpienia jest to wynik rewelacyjny! Jeśli Adam wystartowałby w Mistrzostwach Polski w biegu 24-godzinnym we wrześniu 2016, ze swoim osiągnięciem z Torunia byłby pierwszy! Bezapelacyjnie, z dużą przewagą. Pierwsza na mecie Patrycja Bereznowska przebiegła wprawdzie prawie 226 km, ale miała przecież 1 h 40 min czasu więcej.  Oczywiście, w tym roku zabrakło na mistrzostwach kilku naszych czołowych zawodników, bo przygotowywali się do Spartathlonu, ale nawet w zeszłym roku, kiedy startował i Paweł Szynal, i Andrzej Radzikowski, Adam miałby szanse na miejsce na pudle, albo zaraz za nim. Dla porównania – rekord Polski w biegu 24-godzinnym wynosi w tej chwili 261,181 km (Paweł Szynal), a rekord świata 303,506 km (Janis Kuros).  Więcej – oczywiście, ale to jest właśnie ta liga. Relacja Adama z biegu tutaj.

A jeśli 222 km to dopiero początek?

Jakkolwiek samotny bieg z Warszawy do Torunia może wydawać się niesamowitym wyczynem, są przykłady większego szaleństwa 🙂

Sri Chinmoy Self-Transcendence Race

Chyba najsłynniejszym z najdłuższych biegów z atestem jest Sri Chinmoy Self-Transcendence 3100 Mile Race, rozgrywany co roku na zamkniętej pętli o twardej nawierzchni (beton, asfalt, płyty) w dzielnicy Queens w Nowym Jorku. Jak sama nazwa wskazuje ma około 5 tyś km długości, podzielonej na maksymalnie 52  dni biegu, po 18 godzin dziennie. Bieg rozgrywany jest od 1997 roku i do tej pory pełny dystans ukończyło nie więcej niż 50 osób, a corocznie startuje tylko kilkanaście. Rekord trasy został pobity w tym roku przez Ashprihanal Aalto i wynosi obecnie 40 dni 09 godzin 06 minut 21 sekund. Biorąc pod uwagę osobę twórcy zawodów (i oczywiście dystans do pokonania), jest to raczej medytacja niż bieg. Bardzo ciekawa jest też postać samego Sri Chinmoy – jest to hinduski guru działający od dawna w Stanach Zjednoczonych, człowiek odpowiedzialny m. in. za spotkanie Johna McLoughlina z Carlosem Santaną i kilka płyt, które razem nagrali, ze słynną Love Devotion Surrender na czele, oraz za powstanie zespołu Mahavishnu Orchestra – jednego z najbardziej wpływowych zespołów ery jazz-rocka. Czyli… nie samym bieganiem człowiek żyje 🙂

Bunion Derby

Za pierwszy z długodystansowych biegów transkontynentalnych uważany jest często Bunion Derby rozegrany w 1928 roku (a także rok później, to gdyby ktoś myślał, że ultra wymyślono wczoraj 🙂 ), na trasie z Los Angeles do Nowego Jorku – 3 423,5 mil. 199 zawodników wystartowało 4 marca, 55 dobiegło na metę 26 maja. Zwyciężył Andy Payne w czasie 573 godzin 4 minut 34 sekund. Trasa prowadziła głównie wzdłuż U.S. Road 66, którą oddano do użytku dwa lata wcześniej, a główna nagroda 25 000$ (to chyba najwyższa nagroda w historii biegów ultra).  Ciekawostka – Andy Payne był Indianinem z plemienia Cherokee. A Harry Abrams, który w 1928 roku był 11-ty, powtórzył swój wyczyn rok później, kiedy zawody odbywały się w odwrotną stronę i ukończył bieg tym razem na 9-tym miejscu. A już zupełnie sensacyjne, że były tam kamery i mamy relacje wideo 🙂

Appalachian Trail

W górach popularne są z kolei wyzwania typu FKT (Fastest Known Time). Biegacz samodzielnie wybiera czas rozpoczęcia swojej próbę, trasa jest zwykle wyznaczona, chociaż czasami tylko poprzez punkty (szczyty), które trzeba zaliczyć po drodze. Współzawodnictwo polega na tym, aby pobić czas najszybszego poprzednika. Słynne trasy mają bardzo różne długości: – Bob Graham Round w Lake District w Anglii to „banalne” 100 km, Tahoe Rim Trail w górach Sierra Nevada na pograniczu Kaliforni i Nevady zapewnia już całkiem poważne 266 km wokół najczystszego jeziora w Stanach, a prawdziwie epicki Appalachian Trail wzdłuż całego pasma Appalachów – 3524,5 km. Szczególnie ten ostatni szlak przeżywa ostatnio prawdziwe oblężenie. W zeszłym roku rekord trasy pobił Scott Jurek wśród mężczyzn i Heather Anderson wśród kobiet. We wrześniu 2016 rekord Jurka poprawił jego kolega Karl Meltzer i aktualnie wynosi on 45 dni 22 godzin 38 minut.

Główny Szlak Beskidzki

W Polsce najbardziej znanym szlakiem długodystansowym jest Główny Szlak Beskidzki, który od Ustronia do Wołosatego liczy ok. 524 km (519 km wg innych źródeł). Jest to klasyczny szlak turystyczny, wyznaczony dokładnie w terenie, za pomocą czerwonych znaków. Podobnie jak w wielu podobnych miejscach na świecie, notowane są tu rekordy pokonania trasy zarówno ze wsparciem z zewnątrz, jak i bez.  Od 2013 roku rekordzistą GSB pozostaje Maciek Więcek, który ze wsparciem zespołu Inov8, pokonał tę drogę w 114 godzin i 50 min. Zamieszczony obok film świetnie pokazuje, jak bardzo pokonywanie takiej trasy jest  pokonywaniem kolejnych kryzysów, które nieuchronnie przychodzą, ale w końcu mijają. A dla prawdziwych twardzieli cenna może być informacja, że Główny Szlak Beskidzki nie kończy się wcale w Wołosatem! Mieczysław Orłowicz poprowadził go (w latach 30-tych XX wieku) daleko na wschód, przez Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohorę i Góry Czywczyńskie do szczytu Stoh na przedwojennej granicy polsko-czechosłowacko-rumuńskiej. Ten dawny GSB nie miał oczywiście 524, ale około 750 km! W takim kształcie czeka dopiero na swojego zdobywcę 🙂

Facebook o biegu Adama

Ulubiony sposób obrazowania swoich wyczynów przez Adama na Facebooku, to przedstawione poniżej mozaiki ze zdjęciami z trasy i cyferblatem zegarka. Adam z zasady nie publikuje linków śladów gpx swoich tras na Endomondo czy innych podobnych portalach. Z tego powodu, a przede wszystkim ze względu na wyjątkowe jak na amatora dystanse i tempa, jego bieganie budzi bardzo duży odzew, w wielu odmianach: słowa podziwu i zachwytu, mieszają się z wyrazami niedowierzania czy nawet oburzenia, że niszczy swój organizm. Skalę jego biegania świetnie też obrazuje zdjęcie z czerwcowego kalendarza, z dystansami dziennymi w całym miesiącu. Kilka opinii z Facebooka poniżej (tych pozytywnych).


No po prostu Adam „japirerdole” Wieczorek. Zatkało mnie, myślałam ze z tego Płocka wróciłeś jakimś transportem, a ty poleciałeś o Torunia? Miazga 🙂 Gratulacje za mocną głowę przede wszystkim !


Adam, z pewnością to nie jest normalne, ale każdy ma swoje własne Idaho! 😉 Mnie się to w głowie nie mieści, a co dopiero w nogach, żeby zrobic taki dystans??? Wciąż jeszcze zbieram szczęke z podłogi!


Ja zamiast spać po treningu, to czytam po kilka razy Twoje wyczyny, naprawdę jest trudno uwierzyć w to co Ty wyprawiasz. Pomimo wypowiedzi wielu osób które Cię znają, do mnie to nie może dotrzeć. Dzisiaj z bolącą nogą zaliczyłem 12 km, a w myślach miałem tylko jedno, że Ty byś ten kawałek przebiegł z jedną nogą. Jesteś niesamowity.


Piękna historia wielkiego wyczynu. Powracam do niej co jakiś czas pomimo że znam ją już na pamięć. Często czytam to dlatego by się zmotywować do biegania, którego za bardzo nie lubię.