Wywiad z Pawłem Timofiejukiem – o bólu w czasie biegu i pokonywaniu własnych ograniczeń
Rozmawiamy w kawiarni Green Caffe Nero w Warszawie, 25 lipca 2016, czas trwania 47:04 min

Trochę wbrew tytułowi tego cyklu wywiadów, Paweł mówi, że jego wielki bieg jeszcze nie nastąpił. I wcale mnie to nie dziwi, bo zawsze odnosiłem wrażenie, że Paweł jest maksymalistą i ma ogromne wymagania w stosunku do siebie. Żeby mógł uznać jakiś swój bieg za na prawdę „wielki”, mysiałoby wszystko w nim zagrać idealnie, a przede wszystkim wynik sportowy. Dlatego pewnie startuje bardzo dużo, czasami za dużo, ale jest tego w pełni świadomy.  Rozmawiamy o bólu w trakcie biegu, o tym jak można go pokonać nie zwalniając ani na moment; o testowaniu możliwości własnego ciała, dochodzeniu do granic wytrzymałości i ich przekraczaniu. Rozmawiamy o upartym dążeniu do celu i smaku sukcesu. Rozmawiamy o tym, jak można startować z kontuzją i czerpać z tego przyjemność.
Miesiąc po naszej rozmowie Paweł zaliczył znakomity występ. Był drugim Polakiem na mecie CCC, jednego z biegów rozgrywanych w ramach UTMB – najsłynniejszej imprezy biegów górskich na świecie. Kilka dni temu chyba jeszcze lepiej poszło mu na (asfaltowym) półmaratonie w Nowym Jorku (1:23:03, biegł cały czas w tempie swojej życiówki na 10 km!). Czy uzna któryś z tych biegów za swój wielki? Wątpie. Maksymaliści nie mają lekko 🙂

Paweł Timofiejuk jest biegaczem totalnym. Jednym z niewielu znanych mi ludzi, którzy z równą przyjemnością i determinacją biegają asfaltowe dyszki, półmaratony i maratony, jak i górskie ultra i verticale. Do tego wszędzie osiąga znakomite wyniki: na 10 km jest to 39:24 min, w maratonie 02:59:44, a na 101-kilometrowym CCC we Francji 16:37:55 (drugi Polak na mecie 2016 tego prestiżowego biegu). Zaczynał oczywiście od asfaltu, ale pierwsze jego zawody to terenowy Bieg Łosia. Wiedział od początku, że będzie startował w ultra, bo od lat robi to jego kuzyn Tomek – jeden z najlepszych ultrasów w Polsce. Paweł jest też urodzonym sportowcem, w podstawówce i w liceum startował już w zawodach na różnych dystansach i grał w koszykówkę. Później ważył nawet 120 kg i zaczął biegać, bo zdał sobie sprawę, że nie jest już wstanie załadować piłki z góry do kosza. Jego wyniki sportowe są tym bardziej godne podziwu, że Paweł zupełnie nie ma wyglądu sportowca. Uważa, że ciągle waży za dużo, a jego styl biegu znajomi określają jako „skradanie się krokiem pełzającym” 🙂 Paweł klnie jak szewc; ale w stopniu przechodzącym wszelkie wyobrażenia i w stylu lekko poetyckim. Poza bieganiem wydaje komiksy. Lubi Himalaje.

Trenuj jak Emil Zatopek

Przypadek Pawła, nie jest wbrew pozorom odosobniony. Wielu było zawodników, którzy odważnie testowali granice możliwości własnego ciała, ból traktowali jako nieodłączny element sportu, a może nawet znajdowali w nim pewną przyjemność. Na myśl przychodzi przede wszystkim postać wielkiego czeskiego biegacza Emila Zatopka. Legendarny jest jego morderczy trening interwałowy: 100 x 400 m w tempie 72 sekundy/400 m, bieganie w ciężkich butach lub z ciężarkami, bieganie z przyczepiona na linie oponą czy bieganie z wstrzymanym oddechem. Zatopek był pierwszym (i jedynym w historii) zawodnikiem, który w trakcie jednej olimpiady (Helsinki 1952) zwyciężył na trzech  tak różnych dystansach jak 5 000 m, 10 000 m i maraton. Po prostu biegacz totalny. Nawet technikę biegu i grymas twarzy miał Zatopek nieco podobną do Pawłowej. Kręcił głową, wymachiwał dziwnie rękami, sapał i mruczał w trakcie biegu. A kiedy pytano go dlaczego się nie uśmiecha, mówił że ma za mało talentu, żeby jednocześnie dobrze biegać i się uśmiechać.

„Emil chciałby zrozumieć granice własnej wytrzymałości. Wsłuchuje się w bicie swego serca, obserwuje zmęczenie. Nadal trenuje jesienią i zimą, nie tylko na stadionie. Na ulicy, na drogach, w lesie, na polu, wszędzie, niezależnie od pogody, biega aż do bólu. Biega nie jak człowiek, lecz jak zwierzę, które bieg ma we krwi. Po drodze do fabryki, wzdłuż alei wysadzonej topolami, Emil eksperymentuje. Pierwszego dnia, wstrzymuje oddech do czwartej topoli, dwa dni później – do piątej, i tak co dwa dni, aż w końcu dotrze do końca alei nie oddychając i… padnie bez zmysłów. Nie zrobi tego po raz drugi, ale zawsze będzie chciał wiedzieć, dokąd może się posunąć.” – Wzloty i Upadki – Jean Echenoz

Nigdy się nie poddawaj jak Gabriela Andersen-Schiess

Czasami mi się wydaje, że rozmawiałem z Pawłem także dlatego, aby móc wkleić ten film. Jeden z najsłynniejszych w historii sportu; wstrząsający, ale dający ogromną nadzieję. Gabriela Andersen-Schiess bierze udział w pierwszym maratonie kobiet, rozgrywanym na igrzyskach olimpijskich, w Los Angeles w 1984 roku. Nie należy do faworytów, biegnie w drugiej części stawki. Jest bardzo ciepło, pod koniec biegu temperatura sięga 30 stopni. Gabriela nie zauważa ostatniego punktu z wodą i szybko się odwadnia. Kiedy pojawia się w bramie stadionu Coloseum nie może prawie się ruszać. Kamera pokazuje wrak człowieka: nienaturalnie powykręcane ciało, niedowład jednej ręki, wygięte biodro. Nie biegnie, nie idzie, porusza w ten jedyny, wyjątkowy sposób, jakby po omacku, pełzając prawie zygzakiem, często w poprzek bieżni, jakby nie była w stanie znaleźć ten najkrótszej, optymalnej drogi, z wielkim wysiłkiem, półprzytomna. Na tyle jednak świadoma, że odgania lekarzy i wolontariuszy, którzy chcą jej pomóc. Wie, że byłaby to dyskwalifikacja. Powoli, przy oszałamiającym dopingu tłumu, dociera jednak do mety. Wyłącznie siłą woli, jak wspomina, mięśnie odmówiły współpracy. Ostatnie 500 metrów po bieżni stadionu zajmuje jej 5 min 40 sekund. Na 44 startujących jest na 37 pozycji. Niech jednak nie zwiedzie was ten obrazek, Gabriela nie jest amatorką we współczesnym tego słowa znaczeniu, mimo odległej pozycji i horroru przed metą, kończy maraton z czasem 2:48:45 (!).  A dwa tygodniu później bierze udział w 38-milowy biegu górskim. Do tej pory pozostaję największą inspiracją dla wielu sportowców.

Bądź wierny sobie