Wywiad z Sylwią Młodecką o Biegu Ultra Granią Tatr 2015.
Rozmawiamy w jej warszawskim mieszkaniu, 15 lipca 2016, czas trwania 45:51 min.

15 sierpnia 2015 roku Sylwia przebiegła swój najtrudniejszy bieg: Bieg Ultra Granią Tatr. Rozmawiamy o nim prawie rok później, w lipcu 2016 w jej warszawskim mieszkaniu, przy muzyce ulubionego zespołu Pink Floyd. Ciągle jest to bardzo żywe wspomnienie, chociaż wcale nie jednoznaczne. Z jednej strony wielki sukces (udało się skończyć w limicie, mimo że było bardzo ciężko), poprzedzony długimi przygotowaniami i jedynymi może w życiu Sylwii prawdziwymi „treningami”, z drugiej pogłębiona świadomość własnej delikatności i kruchości w obliczu potężnych gór, co może przestraszyć największego nawet twardziela… A najciekawsze, że wszystkie konsekwencje tego startu nie są ciągle oczywiste, Sylwia myśli o nim jako o czymś otwartym. O życiu w biegu, przygotowaniach do startu i największej przygodzie życia – w rozmowie powyżej.

Sylwia Młodecka – znana na Facebooku jako Ultramityczna jest bardzo doświadczoną biegaczką. Mieszka w Warszawie, właściwie całe życie w okolicach Lasu Bemowskiego. Biega co najmniej 10 lat i to dużo, znacznie więcej niż najwięksi długodystansowcy (o przeciętnych nie wspominając). Potrafi biegać dwa razy dziennie, rano i wieczorem, pokonując nawet 1000 km w miesiącu. Nigdy nie nastawiała się jednak na życiówki i poprawianie wyników. Przez długi czas deptała głównie po asfalcie – dziesiątki, półmaratony i maratony, od dwóch lat – kiedy odkryła góry – prawie wyłącznie po miękkim. Kocha Tatry miłością absolutną i bezwarunkową, której nawet Alpy nie potrafiły złamać. Start w Biegu Ultra Granią Tatr był spełnieniem jej marzeń. Zawody ukończyła w czasie 16:45:59.

Bieg Ultra Granią Tatr

Jeden z najtrudniejszych biegów górskich w Polsce. Rozgrywany raz na dwa lata (odbyły się dopiero dwie edycje). Trasa prowadzi główną granią Tatr Zachodnich, Doliną Gąsienicową, przez Przełęcz Krzyżne do Doliny Pięciu Stawów Polskich i Doliny Roztoki, oraz przez Waksmundzką Polanę, Psią Trawkę i Cyrlę do Zakopanego. Razem 70 km i 5000 m przewyższenia. Jak na standardy biegów ultra, dystans wcale nie jest duży, ale ze względu na duże przewyższenia i trudny technicznie teren, bieg traktowany jako wyjątkowe wyzwanie. Także dlatego, że trudno w nim wystartować. Trzeba mieć  punkty kwalifikacyjne zdobyte w innych biegach, oraz… dużo szczęścia w losowaniu. Tatrzański Park Narodowy ogranicza liczbę startujących do 350 osób, a chętnych jest kilkakrotnie więcej. Limit czasu na pokonanie całej trasy to 17 godzin, zwycięzca ostatniej edycji – Bartosz Gorczyca – skończył całość w 9h 16m 05s (http://www.graniatatr.pl/)

Głosy o BUGT

Joanna Kowalczyk:
Głowa okazała się w tym biegu równie ważna jak silne i dobrze wytrenowane ciało. Miała dwie role – nie poddawać się, ale i być bez przerwy skupioną podczas całego biegu. Tatry to nie ścieżki, gdzie można puścić swobodnie nogę podczas zbiegu wyłączając myślenie. Ledwo wystarczało czasu by zachwycać się widokami. O tym przypominały później oglądane zdjęcia. (cały tekst tutaj)

Przemek Sobczyk:
Podczas biegów górskich niejeden zawodnik przegrał na zbiegach. Zmęczone godzinami podbiegów nogi nie mają takiej mocy, by zamortyzować i przejąć siłę uderzenia o podłoże. Wtedy liczy się najbardziej technika. I te kilometry wybiegane w górach, po kamieniach, lodzie i śniegu. Znajomość terenu również bardzo procentuje, pozwala oszczędzać siły. Na podbiegach warto nadrobić drogę, zamiast wskakiwać na wysoki stopień. Na zbiegach wiadomo, jakie podłoże wymaga większego napięcia mięśni, a jakie pozwala „puścić” nogi i biec w dół z prędkością 2.30/km. (cały tekst tutaj)

Olga Łyjak:
Kiedy dwa lata temu dowiedziałam się o Biegu ultra Grania Tatr, wydał mi się on zarazem magiczny i pociągający, jak i ekstremalnie trudny. Nie przeszło mi nawet przez myśl, że mogłabym w nim wystartować. Czułam, że to bieg zarezerwowany dla najlepszych i najodważniejszych ultrasów. Dwa lata temu stawiałam moje pierwsze kroki w maratonach górskich i byłam pewna, że maraton będzie najdłuższym dystansem i największym wyzwaniem, na jakie mnie stać, że nie jestem dość twarda, silna i wytrzymała, by budzić się o 2 w nocy i iść na trasę trwającego kilkanaście godzin biegu po górskich szlakach. A jednak utkwił ten bieg w mojej pamięci i gdzieś głęboko w sercu zakiełkowało uczucie… (relacja z biegu tutaj)

Agnieszka Korpal: 
Kryzys czasem dopada na najprostszym odcinku, a moc przychodzi na najtrudniejszym. Tak jest na przykład z końcówką, czyli odcinkiem od Wodogrzmotó Mickiewicza. Jest to mało spektakularna część pracy, choć technicznie bardzo prosta. Trudno się ją biegnie. Najważniejsze, żeby nie lekceważyć żadnego kilometra na trasie i co jest bardzo trudne, utrzymać dobre tempo na ostatnich 20 kilometrach (źródło tutaj)

Jacek Grzędzielski:
Góry są jak narkotyk, nawet jeśli nie będę biegał w nich na zawodach to na pewno będę tam trenował. Każdy w górach odnajduje coś dla siebie. Ja lubię sam trenować, zmagać się tylko ze swoimi słabościami, niesamowitą radość sprawiają mi też zbiegi, które w górach uwielbiam. Paradoksalnie im szybciej zbiegasz tym jest to bezpieczniejsze, często specjalnie przed zbiegiem odpoczywam żeby mieć 100% siłę, na szybki zbieg, podczas zbiegu zawsze mam wyższe tętno niż na podejściu, podbiegu. (relacja z biegu tutaj)

Radość biegania

Nieruchomy kadr, zielono-bure kolory, prawdopodobnie jakieś góry w północnym kraju. Droga jest błotnista, z wielką kałużą na pierwszym planie i mgłą oblepiającą wszystko. Jest dźwięk, chyba siąpi deszcz i obija się o liście drzew. Z pozoru nic się nie dzieje. Ale wprawne oko – po kilku powtórkach – dostrzega minimalny ruch w głębi kadru. Coś pojawia się, znika na chwilę za drzewem, by wyskoczyć bardzo wyraźnie już jako szalony biegacz. A właściwie prawie od razu widać, że to biegaczka. Zielono-żółta kurtka i bordowa czapeczka z daszkiem. Charakterystyczna sylwetka, krótki krok i ten niesamowity ruch rąk – jakby chciała rozgarnąć na boki opór materii, albo wytachać ramionami radość duszy. Biegnie slalomem, przez chwilę wydaje się że próbuje omijać kałuże, ale jak trafia na tę największą, bez chwili wahania, pakuje się przez sam środek. Śmieje się. Jej śmiech jest prosty i szczery; i zaraźliwy przez kontrast z ponurym krajobrazem. Zbliża się szybko, jest chyba z górki, mija oko kamery ledwie o włos. Obraz się zatrzymuje, ale dźwięk trwa jeszcze przez chwilę, jakby obietnica, że to wcale nie koniec. Film ma 14 sekund, idealnie żeby zadziałać jak metafora: oto jest jakiś świat (czasami ponury), pojawiamy się w nim na chwilę, oby z uśmiechem na ustach, i znikamy gdzieś dalej… W oryginale był też podpis, jak tytuł jednego z obrazów wielkich mistrzów, który wydobywa z dzieła nieznane znaczenia. Ten las to Beskid Niski i już wiemy, że mamy przed oczami wcielone piękno. Dzięki Sylwia 🙂
(autor filmu: Krzysztof Kołtunicki)