Rozmowa z Violettą Domaradzką. O rajdach konnych, o maratonach tangowych i o pierwszym 100-milowym biegu – Istria 100, 17-19 kwietnia 2015.
Rozmawiamy w kilku kawiarniach Green Caffe Nero w Warszawie, 15 i 18 grudnia 2016, czas trwania 1:05:54

Wszystko zaczęło się od informacji, że jest to bieg kwalifikujący do Western States. W kwietniu w Chorwacji miało być ciepło i słonecznie. I było, we wszystkie dni pobytu, oprócz dnia samego biegu – wtedy było zimno, mglisto i lał deszcz. Bieg z trudnego stał się bardzo trudny, połowa uczestników zrezygnowała, nie było widać przecudnych miasteczek na szczytach wzgórz, a podstawowym doznaniem stała się samotność.  Rozmawiamy o szczęściu jakie daje bieganie dystansów ultra, o pokonywaniu własnych słabości i nadziei jaką niesie obecność innych ludzi.

Violetta jest weganką i biega ultra. Takie połączenie charakteryzują ją teraz dosyć dobrze, ale nie zawsze tak było, bo kiedyś miała inne pasje. Bieganie wciągnęło ją jednak prawie bez reszty, bo Violetta jest też organizatorką biegów (Bieg Wegański, Gorce Ultra-Trail, inne) i pisze książki dla biegaczy. O zdrowiu i diecie roślinnej oczywiście. Violetta realizuje projekt „100 mil szczęścia. 12 smaków” – chce przebiec 12 słynnych ultramaratonów na świecie (większość z cyklu UTWT), próbując przy okazji specjałów miejscowych kuchni. „Szczęście” w nazwie projektu jest nieprzypadkowe: bieganie ma przynosić radość i odbywać się w zachwycie – to rodzaj credo mojej bohaterki. Spośród różnych podejść do biegów ultra takie też jest możliwe i o tym właśnie rozmawiamy.

Euforia biegacza

Mimo że badania naukowe nie są raczej ostateczną instancją tłumaczącą ludzkie zachowania i  emocje,  warto zaznaczyć, że idea, która jest podstawą projektu Violetty – „100 mil szczęścia. 12 smaków”, i o której toczy się nasza rozmowa, przypomina nieco znany i opisywana wiele razy w źródłach, fenomen „euforii biegacza„. Stan pobudzenia organizmu sportowca uprawiającego sporty wytrzymałościowe, pojawiający się po ok. 40 min. wysiłku, przy 70% tętna maksymalnego. Wg jednej z teorii, jego powodem jest produkcja endorfin (czyli „wewnętrznej morfiny”) przez mózg, w odpowiedzi na częściowe niedotlenienie i wyczerpanie zapasów glikogenu w mięśniach. Stan ten przypomina nieco odurzenia narkotykowe, może też powodować podobne uzależnienia. Ciekawe, że według naukowców, podobne stany euforyczne może powodować m.in.: niedotlenienie wysokogórskie, akupunktura, śmiech, ale także: pikantne przyprawy, czekolada, opalanie i sex. Ciekawszy od teorii naukowych opis tego stanu (po angielsku określanego jako „runners high” daje słynny maratończyk i wieloletni rekordzista świata Dick Beardsley. – „Biegam od 40 lat i euforię biegacza czułem może 6 razy. Kiedy ją osiągasz wydaje ci się że może biec bez końca, nie chcesz się zatrzymać”.

Rydwany Ognia - film o radości (biegania)

Myśląc o radości biegania, zawsze mam w pamięci pierwsze kadry filmu Rydwany Ognia Hugh Hudsona z nieśmiertelną muzyką Vangelisa. Już choćby ze względu na niezwykłość tytułu warto iść tym tropem. Bo w bieganiu nie zawsze chodzi tylko o bieganie. Zobaczmy zatem dokąd zaprowadzi nas ta droga. Film Hudsona opowiada historię dwóch sportowców przygotowujących się do Olimpiady w Paryżu w 1924 roku: Harolda  Abrahamsa i Erica Liddella. Abrahams był angielskim Żydem, który przez bieganie próbował przezwyciężyć otaczający go antysemityzm. Liddell wywodził się ze szkockiej rodziny misjonarzy prezbiteriańskich i bieganie konkurowało u niego z służbą Bogu. Obaj byli sprinterami i mieli zmierzyć się na dystansie 100 m. Jednak Liddell zrezygnował, kiedy okazało się że eliminacje do najszybszego sprintu miały się odbywać w niedzielę, a dla niego był to dzień poświęcony Bogu. Wystartował w końcu na 400 m i wygrał (zobacz wideo z 1924 r.). Dla obu bieganie było czymś więcej, znaczyło bardziej, dawało niezwyczajną radość, co otwierająca film scena biegu po plaży świetnie pokazuje. Dlaczego jednak film nosi tytuł Chariots of Fire? Jest to bezpośrednie nawiązanie do znanego hymnu And did those feet in ancient time (Jeruzalem), skomponowanego przez Huberta Perry’ego w 1916 roku, jako rodzaj podniosłej, uroczystej pieśni religijno-patriotycznej, dodającej otuchy żołnierzom na frontach przedłużającej się I wojny światowej. Pieśń stała się szybko tak popularna, że spełnia częściowo rolę angielskiego hymnu narodowego. Śpiewana jest chętnie do dzisiaj, zawsze jako coś więcej niż zwykła piosenka, wykonywana i słuchana zawsze na stojąco. Jednak słowa do niej są znacznie starsze. Ich autorem jest jeden z największych poetów języka angielskiego (a także niezwykły filozof i malarz) Wiliam Blake. Nasz hymn jest w istocie wstępem do jego poematu Milton: A Poem z 1804 roku. Jak to często bywa u Blake’a, utwór jest pełen śmiałych metafor, czasami tak wieloznacznych, że badacze ciągle nie są zgodni jakie jest jego szczegółowe znaczenie. Generalnie chodzi jednak o zachętę do działania. Jest zatem „płonący złotem łuk”, „strzały pożądania” i oczywiście tytułowy „rydwan ognia”. Z naszego punktu widzenia ciekawy jest ostatni wers, z oczywistym przesłaniem, że tylko połączony wysiłek psychiczny i fizyczny prowadzi do ostatecznego zwycięstwa. Nie było wtedy trenerów personalnych, więc myśl ta wyrażona jest w sposób nieco zawoalowany:

I will not cease from Mental Fight,
Nor shall my Sword sleep in my hand,
Till we have built Jerusalem
In England’s green and pleasant Land.

Warto zaznaczyć, że w języku religijnym „budowanie Jeruzalem” oznacza sprowadzanie raju na ziemię, co przekładając na nieco bardziej ludzką miarę, zawsze oznaczało realizację najbardziej ambitnych celów. Jednak to nie William Blake wymyślił tytułowe rydwany ognia. Ta śmiała idea zaczerpnięta została z Biblii. W drugim rozdziale II Księgi Królewskiej Starego Testamentu, prorok Eliasz zostaje wzięty do nieba. Bóg przysyła po niego ognisty rydwan, zaprzężony oczywiście w ogniste konie. W szóstym rozdziale tej samej księgi rydwany ognia pojawiają się także w liczbie mnogiej, nie jest to więc licentia poetica Blake’a. W najbardziej popularnej interpretacji rydwany ognia są zatem utożsamiane z niezwykłymi mocami, dzięki którym możemy dokonywać rzeczy niemożliwych. Inna interpretacja sugeruje jednak, że to wielcy sportowcy, tacy jak Abrahams i Liddell, są tymi rydwanami ognia, dzięki którym ludzkość może wznieść się na wyżyny szczęścia i sięgnąć nieba. Mamy zatem kompletny model „szczęścia biegacza”: z filmu Hadsona bierzemy zachwyt nadmorskiego biegu i wzruszenie muzyką Vangelisa, z hymnu Perry’ego wartość wspólnoty i szczyptę patosu, z Blake’a idealną symbiozę duszy i ciała, a od proroka Eliasza wiarę, że wszystko może się zdarzyć. I wiemy już dlaczego ultrasi biegają po górach: stamtąd bliżej do nieba 🙂

Biegowe podróże

100 mil nad Morzem Śródziemnym

Bieg 100 Miles of Istria Ultramaraton, o którym rozmawiamy, to najbardziej znany bieg w Chorwacji, rozgrywany  co roku w kwietniu na półwyspie Istria. Do wyboru jest kilka dystansów: 100 mil, 110 km, 65 km i 30 km, rozgrywanych na rożnych trasach (jedynie ostatnie 30 km jest wspólne). Jest to kolejny bieg pretendujący do miana „najpiękniejszy bieg na świecie”, częściowo dzięki urokliwej trasie, a przede wszystkim dzięki bardzo wielu małym, średniowiecznym miasteczkom, przez które przebiega trasa, i które same w sobie są perłami architektury śródziemnomorskiej. Miasteczka – włoskim zwyczajem – usadowione są na szczytach wzgórz, a że w każdym jest punkt żywieniowy, jest to bieg górski z nagrodami. Cały wyjazd drużyny Run Vegan Team do Chorwacji został wyjątkowo szczegółowo udokumentowany. Dedykowany blog opisuje szeroko przygotowania, przebieg zawodów i wiele aspektów praktycznych przedsięwzięcia. Powstał też całkiem profesjonalny film, dostępny poniżej. Szkoda tylko, że w dzień zawodów była chyba najgorsza pogoda kwietniowa w historii w Chorwacji 🙂 Oficjalna strona biegu

Ultra Trail World Tour

Ultra-Trail World Tour – w skrócie UTWT – to stosunkowo młoda inicjatywa,  próbująca skupić najbardziej znane i atrakcyjne biegi ultra na świecie.  W okresie kiedy Violetta rozpoczynała swój projekt, UTWT liczyło 12 biegów i wydawało się że są one do ogarnięcia przez jednego zawodnika w ciągu dwóch lat (jeśli jakoś poradziłby sobie z etapowym Maratonem Piasków, najtrudniejszym w całej serii i zupełnie wyjątkowym). Obecnie (grudzień 2016) w skład serii wchodzą już 22 biegi, formuła zmieniła się na otwartą i bardzo rozwojową, trudną do realizacji przez jednego zawodnika w przewidywalnym czasie (m.in. także dlatego, że daty kilku biegów pokrywają się). Siłą rzeczy zmienił się także charakter projektu Violetty, nie jest już ograniczony do biegów z listy UTWT, nie jest też (chyba) ograniczony do 12 biegów. Z obecnej listy Vi zaliczyła 5 biegów, co pobiegnie w przyszłości zależy już tylko od jej fantazji. Na pewno będą to biegi w zachwycie 🙂 A samo UTWT staje się coraz bardziej cyklem dla „zawodowców”. Biegi zostały podzielone na cztery różne kategorie, każda inaczej punktowana, do końcowej klasyfikacji rocznej wystarczy ukończyć dwa biegi, a dla zwycięzców przewidziano wysokie (jak na ultra) nagrody.